Posts tagged mashmish
Must be the Music 2: zapowiedź finału
0
RaggaFaya
Dziesięciu wykonawców, tylko jeden zwycięzca. Już od wczoraj można na nich głosować (z jednego telefonu zliczane jest dziennie maksymalnie 10 smsów):
pod numer 7370 wysyłamy:
1 – Raggafaya
2 – Marcelina Olak
3 – Bruk Braders
4 – InoRos.
5 – Natalia Zozula
6 – Kamień Kamień Kamień
7 – Maciej Czaczyk
8 – AtmAsfera
9 – MashMish
10 – Eris is my Homegirl
Kto ma największe szanse na powtórzenie sukcesu Enej?
Polsko-ukraińska grupa już dzień po wygranej mogła usłyszeć swoje piosenki w radio… i to jak najbardziej komercyjnym! A po kilku tygodniach cały kraj śpiewał refren ich wypromowanego przez program hitu. Żeby dorównać temu osiągnięciu potrzebna jest skoczna melodia – oczywiście własnego autorstwa. Po półfinałach faworytami dla mnie są Raggafaya i InoRos. Wiele godzin po programie, bez ponownego wysłuchania, wciąż potrafiłam nucić te fragmenty:
Kto jest gotowy na sukces?
Przy podsumowaniu jednego z poprzednich odcinków zarzuciłam MashMish, że takich jak oni jest na pęczki i lepiej by było dla zróżnicowania polskich anten radiowych, gdyby umożliwić większy lans grupom Kamień Kamień Kamień i AtmAsfera. Proszę bardzo – wszyscy weszli do finałowej rozgrywki. Wygrają czy nie, ich menadżerowie powinni walczyć o byt tych zespołów w masowej świadomości Polaków. Wszystkie mają szansę się przyjąć w massmediach.
Kto musi najpierw zdać maturę?
Wątpię, że Jimi Hendrix miał maturę, gdy grał hymn amerykański na Woodstocku, ale zanim Maciek Czaczyk zagra nasz hymn na naszym Woodstocku (oby nie w aranżacji Adama Sztaby bo się skończy jak u Edyty Górniak w Korei) powinien jednak odebrać papierek ze szkoły. Uważam, że ma bardzo duży talent, koncertuje, ale na tym etapie rozwoju nie może jeszcze dać nam wiele siebie.
Marcelina Olak ma pokaźne pudło rezonansowe predysponujące ją do bycia dobrą wokalistką po doszlifowaniu niuansów (typu “doły”). Może widzimy się za pięć lat w The Voice of Poland? Głos Natalii Zozuli jest istotnie zjawiskowy, a najlepsze jest w nim to, że wcale nie musi być szkolony pod kątem operowym. Doskonale już na tym etapie pasuje do muzyki klubowej (o rany, jak ja chciałabym ją dzisiaj usłyszeć w piosence “Tear drop” Massive Attack, co oczywiście nie nastąpi) oraz do repertuaru typu Within Temptation lub hitu “My immortal” Evanescence. Wątpię jednak, by ktoś doradzał jej pójście tą drogą.
O rany…
Bruk Braders są znani w Polsce i za granicą, beatbox uprawiają bardzo dobrze, ale większość społeczeństwa na dłuższą metę nie jest w stanie tego słuchać jako muzyki (czym innym jest klip YouTube a czym innym audycja radiowa). Profesjonaliści zostali docenieni poprzez awans do finału, mają swoich fanów i zapewne na tym się to skończy.
Eris is my Homegirl to w większym stopniu od poprzedników “wykonawcy piosenek”, choć zapewne część telewidzów w ogóle zespołu za nich nie uważa. Growl, pig squeal i inne gatunki specyficznego wokalu klasyczny widz lub radiosłuchacz dzieli na: “darcie ryja”, “darcie mordy oraz “darcie japy”. Kapela ma wielu fanów, którzy będą głosować (ja już zagłosowałam) ale obiektywnie, poza niszą nie mają szans na egzystencję w mediach. Chyba, że jako celebryci (vide: Nergal). Życzę im powodzenia.
Must be the music – 3 półfinał
5Od zawsze ciekawiło mnie, skąd biorą się matematyczne podziały na liczbę półfinałów większą od dwóch. Trzecia połowa wbiła się do naszego słownika z odwagą wyrazu “zajebiście” i w dobie porozumiewania za pomocą skrótów uprościła wiele spraw. Zamierzam napisać tekst na temat trzeciego odcinka kwalifikującego do występu w finale programu Must Be The Music, ale ani magazyn TV, ani SEO-pozycjonowanie takiej drogi na okrętkę nie uznają.
Niech będzie – trzeci półfinał. Za tydzień, o zgrozo, czwarty.
Pani Paulina Sykut ślicznie swego czasu śpiewała w duecie z Iwanem Komarenką, jednak konferansjerka to inna para kaloszy, więc przygotowując się do niej warto jest przypomnieć sobie nazwiska, o których zamierza się informować widza. O ile prezydent Starogardu Gdańskiego jest większości odbiorców postacią obcą, o tyle uczestniczka, na którą zamierzają głosować już taką nie jest. Wioletta ma na nazwisko Marcinkiewicz. Jak nasz były premier. Łatwo zapamiętać.
Po wpisaniu w Google frazy “Wioletta Marcinkiewicz” wyskakuje informacja, że wokalistce podczas energicznego występu wysunęła się pierś. Wątpię, żeby którykolwiek z oglądających zwracał na takie rzeczy uwagę, dlatego współczuję producentom newsów konieczności analizowania wszystkich zdjęć w detalu z nadzieją na cień sensacji. Adeptka fryzjerstwa z Krynicy Górskiej zaśpiewała piosenkę Czesława Niemena, ale do finału nie awansowała, zadając kłam teorii, że wystarczy sięgnąć po jego repertuar i być osobą młodą, aby automatycznie dostać się dalej dzięki głosom widzów.
To stało się udziałem innej panny w ubiegłą niedzielę. Marcelina Olak sięgnęła po “Dziwny jest ten świat”. 14-latka wykrzyczała kolejno wszystkie frazy, czym wprawiła w zachwyt polskich posiadaczy telefonów komórkowych. Ela Zapendowska powiedziała jej, że czasem piano znaczy więcej niż forte. Kora dla odmiany nazwała ją “światową”. Prawda tradycyjnie leży pośrodku. Jestem zwolenniczką teorii, że trzeba parę razy dostać kopa w tyłek – i to takiego porządnego – żeby mieć czelność brać się za taki repertuar. Wtedy osobiste przeżycia, doświadczenia stanowią wartość dodaną i nawet cover staje się samoistnym bytem. Nie ma co się załamywać, polski showbiznes na pewno kopniakami zdolną dziewczynkę uraczy i może za dziesięć lat opowie nam ona we własnych piosenkach, o własnych przemyśleniach.
Kimś takim miała szansę być w zeszłym odcinku Anna Karwan. Osoba współpracująca z Anią Dąbrowską, Moniką Brodką i Anią Wyszkoni, a dysponująca lepszym wokalem od tych wszystkich pań razem wziętych. Choć tytuł wybranego utworu Adele “Turning tables” mówi wiele, nie jest autorskim dziełem Ani. Na tym samym poległa w pierwszym półfinale Nikola Pustała, która przecież również tworzy własne piosenki.
Siła pierwszej edycji Must be the Music polegała na tym, że wielu wykonawców obytych ze sceną zaserwowało nam gotowy produkt, który ludzie kupili w mniejszym lub większym stopniu. Bardziej niszowe NOKO trafiło na czoło listy przebojów Antyradia, Tomek Dolski wykonuje własne aranżacje na festiwalach, zaś Enej trafił dosłownie wszędzie. Ludzie głosowali na zasadzie Eurowizji, a radiowi spece pokroju niesławnego w swych czasach Roberta Kozyry darowali sobie dziwaczne sondy wśród reprezentatywnej grupy słuchaczy spośród kaczanu przynoszonego przez kliki i koterie managerów. Lud sam wybrał hit wakacji. I bardzo dobrze.
W zeszłym tygodniu poległy dwa najbardziej kompletne zespoły: AtmAsfera i Kamień Kamień Kamień. Ukraińska AtmAsfera ma doświadczenie woodstockowe i ciekawy skład instrumentalny, zaś Kamyczki z Łodzi zaintrygowały kompozycją oraz charyzmą lidera. Obie kapele są radiowe, a jednocześnie taka muzyka nie jest zbyt mocno promowana w mediach. Szkoda. Finał MBTM mógł to zmienić. Kamień Kamień Kamień zapewne dostanie dziką kartę, ponieważ prowadzi w głosowaniu na FB i w RMF FM. Co ciekawe, smsów nie napłynęło tyle, aby dać im miejsce nawet w pierwszej czwórce.
Wystarczyło ich za to dla duetu MashMish, grającego muzykę, której w mediach jest wręcz za dużo i wszystko brzmi w zlewający się sposób podobnie. Dość strawne, choć bez rewelacji. Jurorom bardzo się podobało, ale nie od dziś wiadomo, że w telewizji ręka rękę myje, a wokalistka ma przyjemność być córką świetnej aktorki Ewy Kasprzyk.
Do kategorii “niewykorzystany potencjał” dopisujemy De Nuevo. Żeby gitarową solówkę zagrać jak Santana trzeba mieć fach w ręku, ale wirtuozem się zostaje, gdy takie numery się wymyśla samemu. Wokal przyćmiony przez instrumenty. Szkoda ładnej barwy. Na koncert i tak bym poszła.
Kategoria “od czapy” – pani Renata Sachadyn. Obciachu nie było. Duża klasa, ciekawa osobowość starszej pani z gitarą; na pewno jury wybierając półfinalistów chciało pokazać, że można dobrze się prezentować bez względu na wiek. Recitale w Ciechocinku przed panią Renatą stoją otworem.
Kategoria “kompletnie niedocenione” – Dzień Dobry. W czasach, gdy modna młodzież słucha reggae czy walenia po bębnach, zapomina się, że przed dwudziestoma laty awangarda lubiła również Raz Dwa Trzy i Stare Dobre Małżeństwo. A oni przypominają tamten klimat. Szeherezada nie cieszy się, że przypomniała sobie swój wiek, ale cieszy się ze wspomnień dzieciństwa.
Za tydzień oczekuję szczególnie niecierpliwie występów Bruk Braders i polskiego The Cure – FreeX Family. Oczekuję również wieszania psów na Macieju Czaczyku za czelność bycia słodkim chłopcem i głosy od nastolatek. Oraz jazgotu, że jakimś cudem do finału weszły kolejne śpiewające dziewczynki, czyli Blamed. Ale o tym w kolejnej opowieści 1001 nocy.
Wasza Szeherezada
Najnowsze Komentarze